niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział 2

Minął weekend, więc nadszedł czas na wdrożenie w życie naszego projektu. Początkowo musiałyśmy przedstawić temat pracy nauczycielce. Ku mojemu zdziwieniu była zachwycona tematyką. Być może pokłóciła się z mężem, lecz nie mi to oceniać. Zabrałam się więc od razu za moją "misję". W tłumie wypatrzyłam samotnie stojącego Clifforda, który jak zawsze grał w jedną z tych swoich głupich gier na telefonie. Wyglądał na bardzo podekscytowanego, gdyż co chwilę szczerzył się do niewielkiego ekranu.
Stanęłam obok czerwonowłosego chłopaka. Gdy po dłuższej chwili nie spojrzał się w moją stronę, głośno odchrząknęłam. Michael uniósł wzrok i spojrzał pytająco.
- Co tam? - przerwałam ciszę zadając pytanie.
- Cholera Prescott! Po co tu przylazłaś? Przez ciebie zginąłem! - wykrzyczał wściekły nastolatek.
- Och, jakże mi przykro. Przyszłam się z tobą przywitać - odpowiedziałam ze sztucznym uśmiechem.
- Spoko, to już możesz iść - warknął wyraźnie niezadowolony Michael.
- Pomóc ci może z chemią?
- Co?
- No, mamy razem chemię... I sprawdzian za tydzień, a z tego co wiem, to nie idzie ci najlepiej...
- Co cię to obchodzi Prescott? Truj dupę komuś innemu! - Michael najwyraźniej nie był zadowolony moją obecnością, więc postanowiłam wrócić do przyjaciółek. Ale to nie znaczy, że się poddałam. Wiedziałam, że będzie ciężko, lecz jakoś temu podołam.
Dziewczyny bacznie obserwowały zaistniałą sytuację i ciężko westchnęły.
- A może znajdziemy kogoś innego... Nie dasz sobie z nim rady, Britt - odparła Tess.
- Proszę cię, on jest jak każdy inny. Potrzebuję tylko trochę czasu - uśmiechnęłam się do przyjaciółek, które przyznały mi rację.
Chwilę potem odeszłyśmy w kierunku sali, w której odbywać się miała lekcja historii.
Po kilku godzinach i tym samym po skończonych zajęciach postanowiłam jeszcze chwilę zostać w szkole, by pomóc pani w bibliotece. Może nie jest to wymarzone zajęcie na poniedziałkowe popołudnie, ale dyrektor wlepił mi karę. A co takiego przeskrobałam? Nic wielkiego... Pokłóciłam się z nauczycielką od matematyki, która mnie nienawidzi i wzajemnie, ale chciałam pokazać wyższość i postanowiłam ją przeprosić. No więc kupiłam jej kwiaty. Okazało się, że ma na nie uczulenie. Gdy napuchnęła i darła się, że zrobiłam to specjalnie, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu i odparłam, że wygląda pięknie jak zawsze. Sprawa trafiła do dyrektora i tak właśnie skończyłam w bibliotece na układaniu książek. Na szczęście nie było ich wiele, a bibliotekarka mnie lubi i sama śmiała się z incydentu, więc szybko wypuściła mnie do domu. Przechodząc obok sali gimnastycznej usłyszałam rozchodzący się dźwięk muzyki rockowej. Przez niewielką szparę zerknęłam do środka. Szkolny zespół pajaców najwyraźniej miał próbę. Wsłuchałam się w kilka utworów granych przez nastolatków i nawet nie zorientowałam się kiedy minęła godzina i chłopcy przestali grać. Widząc zbliżających się w moim kierunku przyjaciół, czym prędzej schowałam się za filar, dzięki któremu wyszłam z tego niezauważona. Krótką chwilę potem nie słyszałam już żadnych kroków, więc ostrożnie zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. Odetchnęłam, gdy w pobliżu nie widziałam żadnego z czwórki pajaców.
- Ładnie to tak podglądać? - zza pleców usłyszałam dobrze znany mi męski głos.
- Umm, Clifford. Myślałam, że... - zaczęłam nieco się jąkając - A z resztą co cię to obchodzi? Nie zamierzam ci się z niczego tłumaczyć! - dokończyłam pewnie swoją wypowiedź.
- Uff, ulżyło mi... Jeszcze tego brakowało żebyś zaczęła mi nawijać całą drogę do wyjścia z tej cholernej budy.
- A kto powiedział, że w ogóle chcę z tobą gdzieś iść? - prychnęłam, na co Michael zaśmiał się pod nosem.
- To po co rano do mnie podeszłaś, a teraz stoisz tu ponad godzinę podglądając mnie?
- Chciałam być po prostu miła i pomóc ci z chemią... Poza tym ja wcale cię nie podglądam! Chciałam tylko... Zobaczyć jak grają największe pajace naszej szkoły - skrzyżowałam ręce, będąc pewna, że wygrałam to przekomarzanie, ale Michael tylko na to wybuchnął śmiechem, po czym poszedł w stronę wyjścia.
Stałam w bezruchu jeszcze chwilę, aż byłam pewna że czerwonowłosy znalazł się na zewnątrz budynku. Chciałam już znaleźć się w domu, bo siedzenie w szkole do 18:00 jakoś mi nie podpasowało. Zrezygnowana otworzyłam drzwi od wejścia głównego i to, co ujrzałam zupełnie zbiło mnie z tropu.
- Długo mam na ciebie czekać? - prychnął zirytowany Clifford.
- Przecież nikt ci nie kazał...
- Dobra, dobra, nie pierdź już pod nosem, tylko zagęszczaj ruchy, bo jestem zmęczony.
Michael ruszył przed siebie tak szybko, że musiałam niemal biec, żeby go dogonić.
Szliśmy kilka minut nie odzywając się do siebie. Mijaliśmy domki szeregowe znajdujące się w okolicy naszej szkoły. Ulica, którą podążaliśmy była oświetlona, gdyż o tej porze dość szybko robi się ciemno. Chciałam już coś powiedzieć, gdy nagle chłopak skręcił w przeciwną mi stronę.
- Hej! Gdzie ty idziesz?
- Do domu? - spojrzał na mnie pytająco - chyba nie myślałaś, że jeszcze będę cię odprowadzał - dodał, po czym parsknął śmiechem.
Jednak Michael zawsze będzie tym samym dupkiem, chcącym uprzykrzyć mi życie.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę mojego domu. Na koniec wystawiłam zza pleców środkowy palec i obróciłam lekko głowę, by być pewna, że Michael widział mój gest.
Czym prędzej ruszyłam przed siebie, by zgubić tego nikczemnika. Weszłam w starą, niezamieszkaną alejkę, która była skrótem do mojego domu. Mimo, że była nieprzyjemna i nieoświetlona, szłam dalej, bo jedyne czego pragnęłam, to znaleźć się w swoim pokoju.
Usłyszałam za sobą czyjeś kroki... Byłam przekonana, że to czerwonowłosy pajac, więc gwałtownie odwróciłam się w stronę idącej za mną osoby. Ku mojemu zdziwieniu moim oczom ukazał się nieznany mi chłopak z piwem w ręce i w kapturze na głowie. Mimo ciemności, doskonale widziałam jego twarz. Blada cera, ciemne włosy, ironiczny uśmiech. Nieznajomy powoli kierował się w moją stronę, mrucząc coś pod nosem. Po jego zachowaniu stwierdziłam, że jest pijany lub ewentualnie naćpany. Gdy zaczęłam się odsuwać, ten przyspieszył kroku. Chciałam już uciekać, gdy zorientowałam się, że plecami ocieram o żywopłot. Nie miałam pola manewru, jedyne co mi pozostało to modlitwa. Gangster podszedł do mnie i rzucił o ziemię szklaną butelką po piwie, przy tym ją rozbijając. Drobne kawałeczki obiły się o moje nogi i opadły bezwładnie na ziemię. Wydałam z siebie pisk przerażenia. Nieznajomy wyciągnął rękę, by mnie złapać, lecz ja zadałam mu bolesny cios w krocze. Widząc jak zwija się z bólu, skorzystałam z okazji i uciekłam. Całą drogę biegłam, nie oglądając się za siebie. W oddali słyszałam tylko okrzyki bólu i przekleństwa skierowane na moją osobę. Czym prędzej wbiegłam do domu. Oczywiście jak zawsze był pusty. Rodzice w pracy lub ewentualnie na jakimś super bankiecie dla lekarzy. Dzień jak co dzień. No, może poza zaistniałą sytuacją. Wystraszona panicznie pozasłaniałam wszystkie okna i zamknęłam drzwi na klucz, a sama schowałam się w pokoju i co chwilę zerkałam przez okno, by mieć pewność, że nikt podejrzany nie kręci się pod domem. Gdy już trochę się uspokoiłam, chwyciłam do ręki telefon. Na wyświetlaczu ujrzałam kilka nieodebranych połączeń i wiadomości od zatroskanych przyjaciółek. Wyłączyłam telefon, bo nie chciałam, by ktokolwiek o tym wiedział. Wszyscy myślą, że jestem odważna, wygadana i lubię mówić o sobie. Otóż nie. Nie lubię się zwierzać i opowiadać o swoich problemach. Przed innymi zgrywam odważną i niezależną feministkę, ale tak naprawdę to nie jestem ja. Zmęczona bezwładnie opadłam na lóżko, po czym momentalnie zasnęłam. Chciałam, by ten dzień skończył się jak najszybciej.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz